Zamiast przygotowywać się do świąt można robić wiele rzeczy. Można całymi
dniami rozdawać ulotki na slumsach. Potem wracać, w godzinę przygotowywać
wigilię dla pracowników, biegać za obrusami, kwiatami i wazonikami, rozdawać
jedzenie i nakładać lody, stroić aulę na inaugurację roku akademickiego; po to,
by za chwilę urwać się na godzinę na Mszę Świętą i wrócić na robienie zdjęć i
sprzątanie. Później przenosić wina do magazynów, szukać strojów do jasełek,
rozpruwać kartony z kilogramami ciastek i o 22, gdy profesorowie wciąż siedzą w
aulach, przejść się z koszykiem krówek i życzeniami spokojnej nocy.
Potem można przeżyć 24 grudnia zakopanemu robieniu w komputerowych tabelek,
list i inwentarzy, w przerwach między robieniem oratoryjnej gazetki, a
pakowaniem 30 worków z prezentami na adwentowy konkurs.
Bo Pan Bóg nie rodzi się w momencie odhaczenia ostatniego
przedświątecznego zadania.
On nie wymaga przystrojonej choinki,
nie przychodzi najeść się barszczu z uszkami i pierogami,
nie przejmuje się bałaganem w pokoju,
ani 32-stopniowym upałem.
Nie. On już tu jest. Spotkałam go jeszcze przed świętami.
Spotkałam Go o 6:30, go do budzących się uszu wpadł rzężący głos megafonów śpiewających setną wersję tej samej pastorałki.
Spotkałam, gdy Mary i Carlos nieśmiało zapukali do pokoju z kwiatami w
rękach i dziękowali, że opuściłyśmy swoją ojczyznę i jesteśmy tutaj, uściskami
wyciskając ze mnie ostatnie łzy.
Spotkałam w ciemnościach nocy, gdy niosłam pracownikom farmy miskę klusek z makiem.
Spotkałam w ciemnościach nocy, gdy niosłam pracownikom farmy miskę klusek z makiem.
Spotkałam Go, gdy zaglądając do domu znalazłam dziewczynkę z
wyrozumiałością czuwającą przy swoim pijanym ojcu i z uśmiechem obiecującą, że
przyjdzie do Bosconi.
Spotkałam, gdy stojąc wraz z Senorą między 3-metrowym rowem a stertą
niedojedzonych limonek, słuchałam historii życia czterech jej synów i planów
ochrzczenia ich wszystkich.
Spotkałam Go w dzieciach ścigających się, żeby mnie przywitać; spotkałam
w moim przekręconym imieniu krzyczanym z odległości kilometra.
Spotkałam, gdy Manuel i David nieśmiało pytali, czy w przyszłym roku
mogą pomagać w oratorium, już nie z obowiązku, ale jako wolontariusze.
Spotkałam Go między szaleńczym obrotem w rytm polskiej pastorałki a
salwą dziecięcych śmiechów.
Spotkałam, gdy razem z Magdą zaopatrzone w jabłkowo-lodowaty shake przyglądałyśmy
się komicznej mieszance świąteczno-mikołajowych ozdób, klasyczno-mrocznej
szopki i iskrzącego od gorąca powietrza.
Slumsy jest jak jedna z miliona ubogich szopek, w której Pan Bóg rodzi
się, bo tego chce. Nie róbmy tragedii, Panu Bogu tu dobrze. I ja go doskonale
rozumiem.
Wszystkiego dobrego! Niech dobry Bóg Wam błogosławi! Pozdrowienia z Katowic :-)
OdpowiedzUsuń